Piracka przygoda

Fani fantastyczno-przygodowych powieści osadzonych w steampunkowych klimatach nie mają ostatnimi czasy na co narzekać. Po cyklu „Lewiatan” Scotta Westerfelda i „Słońcu Słońc” Karla Schroedera na rynku pojawili się „Przebudzeni” Chrisa Woodinga, pierwszy tom trylogii „Opowieści z Ketty Jay” traktującej o przygodach kapitana Dariana Freya i jego załogi, którzy – jak na piratów przystało – ledwo wiążą koniec z końcem, a do tego co i rusz popadają w kolejne tarapaty.

Nie inaczej jest i tym razem. Darian Frey zdaje się mieć smykałkę do pojawiania się nie tam, gdzie trzeba, i tworzenia coraz to dłuższej listy portów, do których nigdy nie może powtórnie zawinąć. Niepomny złych przeczuć, po raz wtóry wplątuje się w sprawę na kilometr trącącą spiskiem i kuszącą podejrzanie wysoką nagrodą, by chwilę później zostać najbardziej poszukiwanym człowiekiem w księstwie, ściganym przez zdeterminowanych i niebezpiecznych łowców nagród. Dodajmy do tego jego załogę – zbieraninę przypadkowych nieudaczników, którzy mają własne powody, by nie dać się złapać przedstawicielom władz. No i jest jeszcze Ketty Jay – napędzany aerium podniebny statek, dla kapitana cenniejszy od wszystkich towarzyszy razem wziętych.

Powieść Woodinga zawiera wszystkie te elementy, których należy się po niej spodziewać – wartką akcję, dawkę pirackiego humoru, liczne pościgi, wybuchy i ucieczki, plany bez szans na powodzenie, a do tego polityczno-religijny spisek na skalę światową. O wyzierającą z kart książki nudę nie trzeba się obawiać, bowiem bieg wydarzeń nie zwalania ani na moment, a bohaterowie w płynny sposób z jednej kabały wplątują się w inną, coraz to większą. Cierpi na tym chwilami element zaskoczenia, bowiem niekiedy dość łatwo domyślić się, jak zakończy się dany wątek i jaką tajemnicę skrywają członkowie załogi.

Na całe szczęście kreacjom poszczególnych postaci niczego zarzucić nie można. Woodingowi udało się odmalować bandę wiarygodnych indywiduów, którym daleko do kryształowych protagonistów. Ich decyzje nierzadko bywają kontrowersyjne, a przeszłość i życiowe priorytety – moralnie wątpliwe; mimo to postaci potrafią budzić sympatię, zwłaszcza uciekający przed ustatkowanym życiem kapitan. Równie barwne są elementy konstrukcji świata – poczynając od technologii, poprzez magię, po politykę czy religię. Tym bardziej szkoda, iż wiele kwestii zostało przez autora jedynie napoczętych, a po zakończeniu utworu wiedza czytelnika upstrzona jest czarnymi plamami, uniemożliwiającymi odtworzenie kompletnego obrazu powieściowej rzeczywistości.

Styl Woodinga jest adekwatny do tematyki i tempa akcji. Podniebne akrobacje i dramatyczne ucieczki trzymają w napięciu, zaś opisy należą do tych rzeczowych i konkretnych, zapewniających jedynie niezbędne minimum informacji. Realistycznie i przekonująco wypadają dialogi. Pisarskiej wirtuozerii po „Przebudzonych” spodziewać się jednak nie należy, raczej solidnego rzemiosła. Poprawnie prezentuje się polskie wydanie, któremu poza nielicznymi literówkami niczego nie można zarzucić.

„Przebudzeni” nie zawodzą, ale i nie zaskakują – to solidna porcja przygody i rozrywki, pełna akcji i humoru, okraszona szczyptą tajemnic i spisków. Dla miłośników piratów w podniebnych statkach to pozycja obowiązkowa, od której trudno będzie się oderwać aż do ostatniej strony. Niestety, wszystkim fanom kapitana Freya tradycyjnie przyjdzie poczekać na dalszy ciąg przygód załogi Ketty Jay przez czas bliżej nieokreślony, co po wciągającym pierwszym tomie może okazać się nie lada wyzwaniem dla cierpliwości.

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Amber oraz Portalowi LubimyCzytać.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , , | Komentarzy: 2

Komunikat blogowy

Po długim okresie, jaki minął od czasu pierwszych wzmianek w komentarzach, dorobiłam się wreszcie logowania/możliwości tworzenia konta na blogu. Jeśli więc denerwuje Was uciążliwe wpisywanie kodów antybotowych za każdym razem, kiedy chcecie dodać komentarz – po prawej stronie, tuż pod Facebookowym okienkiem, znajdziecie panel do logowania. Zachęcam do używania. :)

Gdyby jakimś trafem okazało się, że mail aktywacyjny do kogoś nie doszedł, to wystarczy dać mi znać, a ręcznie ustawię hasło. Ale trwają prace nad tym, by się to nie zdarzało.

PS Wybaczcie rzadkość wpisów ostatnimi czasy, ale początek tego roku obfituje w tyle innych wydarzeń (pozytywnych, na szczęście ;)), że na czytanie w takim zakresie jak dawniej nie wystarcza już czasu. A że na dodatek prawie same ‘cegły’ mam w najbliższej kolejce, to dość wolno to idzie. Niemniej jednak, do końca stycznia powinniście ujrzeć recenzję antologii „Science Fiction” i „Przebudzonych” Chrisa Woodinga. :)

Kategoria: Blogowo | Tagi: | Komentarzy: 3

Opowieść o potępionych

Powieść grozy nie jest w żadnym razie gatunkiem nowym, jej korzenie sięgają XVIII wieku i nurtu zwanego gotycyzmem. Także w XIX wieku miała się dobrze, na dowód czego można wymienić nazwiska takich twórców, jak Howarda Phillipsa Lovecrafta, Brama Stokera czy Mary Shelley. Współcześnie jednak rzadko uważa się horrory za typ utworów, które przodowałyby literacko – zwykle balansują na granicy kiczu lub dobrego smaku. Nie oznacza to, że warto się do nich zrażać, zdarzają się bowiem książki, które nie obrażają inteligencji czytelnika i można się przy nich świetnie bawić. Jak przy „Barze dla potępionych” Kealana Patricka Burke’a.

Nie jest to debiut irlandzkiego pisarza, jednak pierwsza jego powieść na polskim rynku. Akcja rozgrywa się w lokacji dość typowej dla gatunku – oto zapomniana przez wszystkich mieścina, wszechobecna szaruga, mgła, deszcz. Drzwi skrzypią, podłoga z desek ugina się pod stopami. W barze „U Eddiego” tylko stali bywalcy – zrezygnowany szeryf, miejscowy dziwak, femme fatale, tajemniczy starzec, narwany dzieciak, niemy wielkolud i barmanka o strzaskanych marzeniach. Oraz ksiądz, persona odrażająca, pogardzana, a zarazem budząca lęk i pociągająca za sznurki. Co tydzień kapłan wręcza któremuś z mieszkańców Milestone kluczyki do samochodu i wyznacza nową ofiarę. Do czasu, aż w barze nie pojawią się nieproszeni goście i rozpoczną lawinę nieprzewidzianych wypadków, prowadzących do nieuchronnej katastrofy…

Od pierwszej strony wyczuwa się gęstą atmosferę przebijającą z kart książki. Burke potrafi utrzymać zarówno tajemniczy nastrój, jak i przyciągnąć czytelniczą uwagę. Z gracją i lekkością włada charakterystycznym stylem – prostym, rzeczowym, pozbawionym ozdobników. Surowym i oschłym, niestroniącym od cynizmu, wulgaryzmów czy czarnego humoru, idealnie oddającym charakter pierwszoosobowego narratora, a zarazem głównego bohatera, szeryfa Toma. Małym zgrzytem są na tym tle fragmenty pisane w formie trzecioosobowej, które wybijają czytelnika z rytmu. Rzadko kiedy takie losowe łączenie narratora wszechwiedzącego z pierwszoosobowym wypada przekonująco – „Bar dla potępionych” nie zalicza się do nielicznych wyjątków.

Pod względem fabularnym lepiej prezentuje się początek niż koniec powieści. Szczególnie otwierająca scena w barze przedstawiająca większość bohaterów może przypaść do gustu. Z czasem poznajemy zaś coraz więcej tajemnic skrywanych przez postacie. Jednakże poszczególne wątki nie do końca się ze sobą łączą, a po zakończeniu lektury pozostaje wiele pytań, na które odpowiedzi nie udzielono – i nietrudno oprzeć się wrażeniu, jakby o niektórych z nich autor zdążył zapomnieć po drodze.

Świetnie broni się za to nastrój grozy. W książce znalazło się co prawda kilka drastycznych scen, które zamiast strachu wywołują obrzydzenie, ale na szczęście nie ma ich wiele. Większość koszmarów, które dręczą bohaterów, to mniejsze czy większe napady szaleństwa, niepewność, traumy z przeszłości, trudne relacje z rodziną, a wreszcie – wyrzuty sumienia. Potępienie i odkupienie, wina i grzech to kwestie, które można uznać za temat przewodni powieści, a zarówno wizja autora, jak i jej przedstawienie, są godne uwagi.

Fani literatury grozy powinni zapamiętać nazwisko Kealana Patricka Burke’a i rozejrzeć się za „Barem dla potępionych” na półce księgarni czy biblioteki. Pozostali czytelnicy mogą spróbować zapoznać się z powieścią, zwłaszcza że kolejne rozdziały pochłania się niezwykle szybko, a spora jest szansa, że będą dobrze się bawić – o ile nie przeszkadzają im białe plamy w wiedzy i świadomość, że większość nietypowych zjawisk można uzasadnić jedynie zdawkowym „bo tak”.

  • Tytuł: Bar dla potępionych (Currency of Souls)
  • Autor: Kealan Patrick Burke
  • Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  • Seria wydawnicza: Strefa mroku
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 320
  • ISBN: 978-83-7648-977-3

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka oraz Portalowi Bestiariusz.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , | Komentarzy: 2

Przygoda w niezwykłym świecie

Virga. Świat, jakiego przed Karlem Schroederem nie wyobraził sobie żaden z największych wizjonerów science fiction. Olbrzymi balon o fulerenowych ścianach i średnicy trzech tysięcy mil, wypełniony powietrzem i wodą, ale pozbawiony naturalnej grawitacji. Przestrzeń, w której dryfują zbudowane na planie koła miasta, oświetlane światłem jednego ze sztucznych słońc. Uniwersum, w jakim zakocha się każdy czytelnik „Słońca Słońc” – i pozostanie nim zachwycony aż do ostatniej strony.

Nie bez kozery zwykło się zaczynać opis powieści Schroedera od nakreślenia wizji świata przedstawionego. Virga i znajdujące się w jej centrum Candesce, czyli tytułowe Słońce Słońc, to najjaśniejszy punkt utworu. Oryginalny, przyciągający uwagę, rozbudzający ciekawość, a przy tym spójny i jakże żywo odmalowany. To świat, jaki chciałoby się ujrzeć na własne oczy, zanurzyć się w nim i wraz z bohaterami odbyć podróż na aerocyklu albo podryfować nieopodal wprawionego w ruch miasta.

To wyjątkowe uniwersum boryka się z dość typowymi problemami politycznymi. Aerie, ojczyzna głównego bohatera, impulsywnego Haydena Griffina, pozostaje pod wpływem silniejszego Slipstreamu. Działający w ukryciu buntownicy usiłują wyzwolić swoje państwo, konstruując własne słońce, ale ich starania zostają udaremnione, a matka chłopca ginie podczas ataku. Młodzieniec podporządkowuje więc swoje życie żądzy zemsty na admirale floty Slipstreamu, Chaisonie Fanningu. Misja Haydena szybko się komplikuje, a on zostaje wplątany w niedający się powstrzymać ciąg wydarzeń, który zmusi go do skonfrontowania tego, w co wierzył przez lata, z coraz to nowymi informacjami i niespodziewanymi wypadkami.

„Słońce Słoń” nie koncentruje się jednak ani na naukowych podstawach konstrukcji świata, ani też na zawirowaniach polityczno-społecznych. To lekka powieść przygodowa o wartkiej narracji pełna efektowych pościgów, ucieczek, wybuchów i walk okrętów powietrznych. Znajdziemy w niej piratów, owiany tajemnicą skarb, płomienne uczucie oraz kilka zwrotów akcji, momentami jednakże dość naiwnych i przewidywalnych. Całość przywodzi na myśl klasyczne powieści Juliusza Verne’a, w których główną osią fabularną pozostaje wyprawa do niebezpiecznego miejsca, najeżona rozlicznymi przeszkodami.

Położenie nacisku na szybką akcję i kolejne przygody bohaterów nie jest niestety pozbawione wad – cierpi na tym choćby konstrukcja postaci, a jedyną, którą czytelnik ma szansę poznać naprawdę dobrze, jest Hayden. Działaniom i motywacjom pozostałych brakuje momentami większej głębi i prawdopodobieństwa psychologicznego. Przy bliższych oględzinach zbyt płytka wydaje się także warstwa polityczna, sprawiająca wrażenie jedynie fabularnego pretekstu do wplątania Griffina w podniebną wyprawę.

Najpoważniejsze słowa krytyki muszą jednakże spaść na korektorów polskiego wydania powieści. W „Słońcu Słońc” roi się od błędów interpunkcyjnych, a im bliżej końca powieści, tym więcej pojawia się literówek. Co więcej, w wątpliwość można coś jedynie „podawać”, a w żadnym wypadku nie „poddawać” – a to tylko jedna z wpadek, która w książce nie powinna była się znaleźć.

Jeśli jednak szuka się powieści przygodowej o wartkiej akcji, a przy tym niezwykłym i wspaniale skonstruowanym świecie, „Słońce Słoń” będzie doskonałym wyborem. Trzeba pamiętać o tym, iż Karl Schroeder nie zdradził wszystkich informacji na temat Virgi, pozostawiając czytelnika z przyjemnym uczuciem niedosytu i pragnieniem jak najszybszego sięgnięcia po kolejne tomy cyklu. Na nie przyjdzie nam niestety trochę poczekać, ale wiele wskazuje na to, że warto uzbroić się w cierpliwość i wypatrywać kolejnej powieści autorstwa Schroedera na półkach księgarni.

  • Tytuł: Słońce Słońc (Sun of Suns)
  • Autor: Karl Schroeder
  • Cykl: Virga
  • Wydawnictwo: Ars Machina
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 360
  • ISBN: 978-83-932319-5-9

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Ars Machina oraz Portalowi LubimyCzytać.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , , | Komentarzy: 6

Ewangelia według Dicka

Herbowi Asherowi, obsługującemu transmisje audio i wideo na planecie CY30-CY30B, objawia się Jah. Ukazuje się w stojącej w ogniu konsoli sterującej, która płonie, ale nie spala się. Nakazuje opiekę nad chorą na stwardnienie rozsiane Rybys Rommey, ponieważ z niej narodzić ma się nowe wcielenie Boga na Ziemi, Emmanuel. Jednakże w wyniku wypadku samochodowego chłopiec przychodzi na świat z uszkodzeniem mózgu i nie wie, kim tak naprawdę jest. Wkrótce na jego drodze staje tajemnicza dziewczynka, Zina, która próbuje przywrócić mu pamięć…

Trudno pisać o fabule „Bożej inwazji” w sposób, by tym, którzy jeszcze z twórczością Philipa K. Dicka się nie zetknęli, książka nie wydawała się stekiem bzdur spisanych przez nie w pełni świadomego szaleńca. Liczne nawiązania do religii, otoczka science fiction, świat rządzony przez Światopogląd Naukowy, Kościół Islamsko-Chrześcijański, partię komunistyczną i system sztucznej inteligencji zwany Wielkim Bałwanem, w którym normę stanowią latające samochody i tablety z logiem IBM – oto jedynie niektóre z elementów przedziwnej mieszkanki, jaką znajdziemy w drugim tomie Trylogii Valisa.

Powieść trudno nazwać kontynuacją części pierwszej – próżno szukać w obu dziełach tych samych bohaterów czy choćby tego samego świata przedstawionego. Na poziomie idei nie można jednak odmówić „Bożej inwazji” ciągłości w stosunku do myśli i wątpliwości przedstawionych w „Valisie”, a także większej przystępności. Warto zauważyć, iż w porównaniu do swojego poprzednika „Boża inwazja” zawiera dużo więcej elementów science fiction, choć, jak to zwykle w powieściach Dicka bywa, trudno określić je mianem szczególnie istotnych.

Esencję „Bożej inwazji” stanowią bowiem rozważania teologiczne, zarówno te dotyczące walki dobra ze złem, jak i te bardziej osobiste, skoncentrowane na jednostce ludzkiej poszukującej swojego Obrońcy. Ponownie mamy także do czynienia z charakterystycznym dla pisarza zabiegiem wielopłaszczyznowej rzeczywistości, przywodzącej na myśl choćby „Ubika”, w której to, co realne, miesza się z ułudą. W połączeniu z niechronologiczną, ale potoczystą narracją, tworzy to kolejny utwór, w jakim już od pierwszej strony wyczuwa się charakterystyczne pióro amerykańskiego pisarza.

„Boża inwazja”, przedostatnia ukończona powieść Philipa K. Dicka, to kolejna lektura obowiązkowa dla miłośników jego twórczości. Oraz kolejna porcja bredni i urojeń dla tych, którzy prozy Dicka nie trawią. I choć fabularnie mamy do czynienia z dziełem autonomicznym, warto mimo wszystko wcześniej zapoznać się z „Valisem”, by wiedzieć, czym jest promień różowego światła, z którym styka się sam Bóg.

  • Tytuł: Boża inwazja (The Divine Invasion)
  • Autor: Philip K. Dick
  • Cykl: Trylogia Valisa
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Seria wydawnicza: Dzieła wybrane Philipa K. Dicka
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 312
  • ISBN: 978-83-7510-119-5

-
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

Kategoria: Literacko | Tagi: , , , , , | Komentarzy: 3
  • Zaloguj



  • Najnowsze komentarze

  • Kategorie

    rozwiń | zwiń
  • Archiwum

    rozwiń | zwiń
  • Tagi

  • Meta

  • stat4u